napolwyspie

Get the Flash Player to see this player.
» NaPółwyspie.pl » Historie z regionu » Historia - Epopeja Grafa Zeppelina

Historia - Epopeja Grafa Zeppelina



Gigant na dnie
Miał być dumą hitlerowskiej Krigsmarine i postrachem Aliantów na wszystkich oceanach świata. Nigdy nie wypłynął w rejs bojowy i nie przyniósł chwały swoim budowniczym. Poszedł na dno w okolicznościach bynajmniej nie przynoszących mu wojennego splendoru.
Poszukiwania miejsca w którym spoczywa olbrzymi lotniskowiec „Graff Zeppelin” trwały przez sześćdziesiąt lat. W rozlicznych publikacjach co rusz pojawiały się nowe teorie o jego zatonięciu oraz kolejne „najzupełniej pewne” i dokładne namiary pozycji wraku. Nikt go jednak nie odnalazł. Dopiero kilka dni temu Polskę i Europę obiegła wieść: znaleziono wrak jedynego niemieckiego lotniskowca z czasów II wojny światowej!
40 mil morskich na północ od Przylądka Rozewie na głębokości 80 metrów pracownicy firmy Petrobaltic, prowadzącej w tym rejonie wiercenia i wydobycie ropy naftowej natrafili na tajemniczy obiekt o długości 260 metrów i wysokości 30 metrów. Tylko jeden pływający obiekt tej wielkości zatonął na Bałtyku w historii żeglugi. Był to właśnie „Graff Zeppelin”.

Ku chwale Krigsmarine
Jest chłodne grudniowe przedpołudnie 1938 roku. Na pochylni kilońskiej stoczni Deutsche Werke Kiel trwają ostatnie, gorączkowe przygotowania do zwodowania kolosa, którego budowa trwała ponad dwa lata. Duma hitlerowskiej marynarki, pierwszy zbudowany w Niemczech lotniskowiec, nosić będzie imię słynnego konstruktora i budowniczego sterowców.
Na specjalnie przygotowaną trybunę wspinają się już nazistowscy oficjele dyrektorzy stoczni, konstruktor i goście zaproszeni na ceremonię. Za chwilę po wzniosłych ale niezbyt długich przemówieniach olbrzymie szare, stalowe cielsko przy akompaniamencie orkiestry majestatycznie spłynie na wodę.
„Graff Zeppelin” ma ponad 33 tys. ton wyporności. Na jego kilkunastu pokładach służbę pełnić będzie ponad 2 tysiące ludzi (marynarzy i żołnierzy personelu lotniczego). Będzie rozwijał zawrotną jak na takiego olbrzyma prędkość 34,5 węzła, a zasięg 8 tys. mil morskich ma mu pozwolić na osiągnięcie bez zawijania do portu dowolnego punktu na kuli ziemskiej.
W przepastnych hangarach pod pokładem lotniskowca przewidziano miejsce dla 41 samolotów: torpedowych Fieslerów Fi-167, Junkersów Ju-87 C (morskiej wersji słynnego Stukasa) i najsłynniejszych niemieckich myśliwców II w.św. Messerschmitt Me-109 przystosowanych do operowania nad morzem.
Budowa „Grafa Zeppelina” była częścią stworzonego przez wielkiego admirała, Ericha Raedera, „Planu Z” przewidującego m.in. zwodowanie czterech takich jednostek. Planu nigdy nie zrealizowano, a dalsze losy jedynego niemieckiego lotniskowca to pasmo zmiennych decyzji, które nigdy nie doprowadziło do wcielenia jednostki do służby.
Wojenna odyseja
W maju 1941 roku „Graf Zeppelin” był wyposażony w 85 procentach, a admirał Raeder pełen optymizmu co do jego przyszłości. Na podberlińskim lotnisku specjalna grupa pilotów (ta sama, która „wsławiła się” bombardowaniem Westerplatte w 1939 r.) trenowała już starty i lądowania na namalowanym na ziemi pokładzie lotniskowca.
Tymczasem brak materiałów i wykwalifikowanych robotników sprawił, że roboty przy wyposażaniu „Grafa” nagle wstrzymano. Kadłub przeholowano do Gdyni, gdzie stanął w portowym basenie. Tutaj wznowiono prace przy pomocy robotników przymusowych i w 1943 r. „Graf Zeppelin” był już gotowych w 95. procentach. Z niewiadomych przyczyn (prawdopodobnie dalszych braków w zaopatrzeniu w surowce) budowę znowu wstrzymano a okręt przeholowano do… Szczecina. Tam w 1945 roku wpadł w ręce Armii Czerwonej. Dalsze jego losy owiane są tajemnicą. Zgodnie z postanowieniami Trójstronnej Komisji Aliantów, powinien zostać zniszczony.
Zachował się jednak relacje świadków, pierwszych Polaków zatrudnionych po wojnie w Stoczni Szczecińskiej, według których, „Graf” jeszcze przez ponad rok stał przy nabrzeżu, a Rosjanie zwozili na niego sprzęt techniczny i maszyny rabowane na Pomorzu i w Meklemburgii. Podobno przeładowany „Graf Zeppelin” w końcu przechylił się groźnie na burtę i omal nie zatonął.. W marcu 1946 roku Rosjanom udało się go częściowo naprawić i wyładowany wojennym łupem okręt zniknął w tajemniczych okolicznościach. Ostatnie zdjęcie przedstawiające „Grafa Zeppelina” w porcie w Świnoujściu pochodzi z 7 kwietnia 1947 roku.

Okręt widmo
Na wiele dziesiątków lat słuch o „Grafie Zeppelinie” zaginął. Co rusz pojawiały się natomiast kolejne hipotezy na temat jego losów. Pierwsza mówiła, że został doholowany do Leningradu i tam po kilku latach zatopiono go na pobliskim poligonie morskim (strzelania do okrętu miały trwać trzy dni, zanim udało się go zatopić). Ta wersja losów lotniskowca wydaje się mało prawdopodobna, z tej przyczyny, że tak wielką jednostkę na Bałtyku z pewnością zauważył by zachodni wywiad, tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Druga hipoteza mówi, że okręt poszedł na dno na północ od wyspy Rugia po tym, jak natknął się tam na minę. Rosjanie mieli podjąć próbę przeholowania go do jednej ze swoich stoczni by tam przywrócić mu sprawność do służby – stocznie w Szczecinie, Gdyni i Gdańsku były w tym czasie całkowicie zniszczone. Systematyczne i dokładne badania dna morskiego w pobliżu wyspy zaprzeczają jednak teorii mówiącej, że leży tam wrak lotniskowca.
Trzecia wersja wydarzeń mówi z kolei, że przeładowany zrabowanym sprzętem (Rosjanie załadowali na pokład nawet poniemieckie lokomotywy) okręt zerwał się z holu podczas sztormu i zatonął gdzieś na środkowym Bałtyku.
Mimo że twórcy wszystkich hipotez podawali do nie dawna „dokładne” namiary miejsc w których miał znajdować się wrak, dopiero odkrycie polskich hydrografów ostatecznie przecięło spekulacje i rzuciło nieco światła na nieznane karty historii lotniskowca.
Więcej dowiemy się, gdy do wraku zejdą nurkowie uzbrojeni w kamery i podwodne roboty.
Przy wraku był już kręt hydrograficzny Marynarki Wojennej ORP „Arctowski”. Jego załoga, przy pomocy bardzo precyzyjnych sonarów, który dostarczają podwodne obrazy o fotograficznej wręcz precyzji, potwierdziła, że wrak leżący na północ od Rozewia to właśnie „Graf Zeppelin”
Wyruszają łowcy skarbów
Odkrycie pracowników Petrobalticu wywołało poruszenie w Centralnym Muzeum Morskim w Gdańsku. Zaskoczona znaleziskiem jest szefowa działu badań podwodnych CMM, Iwona Pomian. Muzeum od lat na podstawie obowiązujących przepisów zajmuje się odkrywaniem i penetracją tego rodzaju wraków. Nurkowie muzeum brali m.in. udział w odkryciu wraku niemieckiego liniowca „Goya” zatopionego w 1945 r. z ok. 9 tys. ludzi na pokładzie
- To szczególnie ważne znalezisko dla Niemców. Traktują ten okręt jako zabytek. Dlatego dziwię się, że mimo jasno określonych przepisów nie powiadomiono nas o tym – mówi Iwona Pomian.
Odnalezienie wraku „Grafa Zeppelina” wywołało też sensację w niemieckich mediach.
- Odnalezienie lotniskowca to spore wydarzenie – mówi Eva Maria Krafczyk, szefowa warszawskiego biura agencji informacyjnej DPA. – „Graf Zeppelin” był jedynym okrętem tego rodzaju w całej historii Krigsmarine.
Wrak z pewnością przyciągnie na Bałtyk dziesiątki poszukiwaczy podmorskich przygód z całego świata.
- Musimy pamiętać, że jest środek lata, a wielu Niemców przenosi się z niebezpiecznych akwenów na Środkowym Wschodzie – mówi korespondent radia Deutsche Welle, Michał Jaranowski. – Myślę, że już wkrótce będą chcieli zorganizować wyprawę na wrak tego lotniskowca. Może być tak, jak kiedyś z „Titanikiem”, że każdy nurek będzie chciał zabrać sobie z wraku jakąkolwiek pamiątkę. Może to być kawałek mosiądzu, czy choćby śruba.
„Graf Zeppelin” jest, zgodnie z międzynarodowym prawem morskim własnością Niemiec. Leży jednak na polskich wodach i zgodę na jakąkolwiek jego eksplorację może wydać jedynie Urząd Morski w Gdyni.
Kilka dni temu, polska Straż Graniczna udaremniła próbę penetracji innego wraku spoczywającego w pobliżu naszych wybrzeży, liniowca „General von Steuben”, który trafiony torpedami zatonął w 1945 roku (zginęło na nim ponad 3 tys. osób – dokładna liczba ofiar nie jest znana)
- Otrzymaliśmy sygnał, że szwedzka jednostka, „Moscus” znajduje się dokładnie nad miejscem spoczynku „Generała von Steubena” – mówi rzecznik Morskiego Oddziału Straży Granicznej, Tadeusz Gruchalla. – Wysłaliśmy tam nasz statek „SG-211” i samolot patrolowy „Mewa”. Gdy funkcjonariusze MOSG dotarli na miejsce, okazało się, że pod wodą już znajdowali się nurkowie z „Moscus-a”. Pogranicznicy nawiązali łączność radiową z kapitanem. Szwedzi nie mieli pozwolenia polskich władz morskich na nurkowanie w tym rejonie. Sprawa trafiła do Urzędu Morskiego w Słupsku. Urząd przeprowadzi teraz postępowanie, które prawdopodobnie zakończy się nałożeniem na Skandynawów wysokiej kary finansowej.
Bałtyckie wraki leżące u polskich wybrzeży od lat są obiektem zainteresowania rozlicznych eksploratorów, nurków, poszukiwaczy skarbów i przygód. Historycy szacują że wzdłuż polskiego brzegu Bałtyku rozrzuconych jest kilkadziesiąt wraków, które zatonęły w czasie II wojny światowej. To jedno z największych na świecie podwodnych cmentarzysk.
Tomasz Zając
26-01-2007


Komentarze   ( 1 )

~Mka
Re: Artykuł 1 - bardzo ciekawy artykuł , ale przydałyby sie jakieś zdjęcia
Dodaj swój komentarz - Zobacz pozostałe komentarze